C.H.Spurgeon - Autobiografia
3. RICHARD KNILL I INNE DZIECIĘCE PRZEŻYCIA
3. RICHARD KNILL I INNE DZIECIĘCE PRZEŻYCIA
Spurgeona ojciec, John Spurgeon (1810-1902), był drugim synem tegoż pastora w Stambourne, który kontynuował wiernie świadectwo, żyjące już od 17. stulecia w tej rodzinie. „Wiara, którą miałem, oznaczona była krwią moich przodków” - mówił Spurgeon mając na myśli Joba Spurgeona z Dedham, który w dniach Charlesa II musiał znosić ciężkie więzienie, ponieważ należał do wolnego kościoła.
John Spurgeon ożenił się z Elizą Jarvis ( urodzoną w 1815 w Otton Belchamp ), a jej pierwszy dom, w którym mieszkała stoi do dziś w Kelvedon. Nie miało to znaczenia z jakiego powodu rozdzielono Spurgeona od jego rodziców, Charles był szczęśliwy, kiedy wrócił do rodziców, do nowego domu na Hythe Hill, Colchester. Później wymienił dwa powody dane mu od Boga, dlaczego tak się stało:
„Moja matka i prawda mojego przesłania”.
Swego ojca widywał mało, ponieważ był on pastorem, oddalonego o dziewięć mil zboru w Tollesbury, a także księgowym w firmie zajmującej się handlem węgla.
Spurgeon nie był jedynym dzieckiem: zanim skończył pięć lat, na świat przyszły jego dwie młodsze siostry i brat, naturalnie on stał się ich przywódcą. Pewnego razu, kiedy bawił się zabawkami - łódkami swojego brata, zaproponował, aby nadać im nazwy. „Ja swoją nazwę Burza.” - zawołał Charles- „Ponieważ statek, który ma wygrać powinien nosić odpowiednią nazwę”.
Później tak wyraził się o swojej rodzinie: „Wolę mieć pochodzenie od biednych tkaczy, którzy wiele wycierpieli z powodu swojej wiary, niż ażeby w moich żyłach płynęła królewska krew”.
Z domu stojącego naprzeciw St.Leonard Church, w którym Spurgeon 16 lat mieszkał, nie zostało nic. Kilka lat po drugiej wojnie światowej został zburzony. John Spurgeon, który był później jeszcze pastorem w Cranbrook i w Islington, zmarł w wieku 91 lat, przeżył o 10 lat swego najstarszego syna.
Odwiedziny Richarda Knillsa w Stambourne
Wielu ludzi wiązało tę historię z Richardem Knillsem, który przepowiedział mi, że będę głosił Ewangelię w Kościele Rowlanda Hilla i przed wielkimi zgromadzeniami na całym świecie. Myśleli, że to bajka, ale ona okazała się prawdziwa. W roku 1844 przybył Knill do rejonu Essex i jako przedstawiciel Londyńskiego Towarzystwa Misyjnego przemieszczał się od wsi do wsi, od miasta do miasta. Podczas swojej podróży zatrzymał się na krótki czas w naszym pastoralnym domu w Stambourne. Mojego dziadka akurat nie było, wyjechał, aby usłużyć Słowem. W Knillu palił się duch misjonarza. Szukał stare i młode dusze, i gdzie tylko na nie napotykał, pozyskiwał je dla Pana Jezusa. Ten zdobywca dusz upatrzył sobie akurat duszę młodego chłopca.
„Gdzie śpisz?”- spytał mnie pewnego dnia - „ Jutro wczesnym rankiem zbudzę cię.” Pokazałem mu mój mały pokoik, a on dokładnie się po nim rozejrzał. O szóstej rano mnie obudził. W dziadkowym ogrodzie znajdowały się dwie cisowe altanki. Weszliśmy do altanki po prawej stronie. Tam w bardzo łagodny i delikatny sposób opowiedział mi Knill o miłości Pana Jezusa, o tym, że jest to wielkim błogosławieństwem, kiedy już w dzieciństwie ufa się Jezusowi i już wcześnie zaczyna się Go miłować. W przykładowych opowiadaniach zwiastował mi Chrystusa. Opowiedział mi również jak dobry i łaskawy był dla niego Bóg. Potem pomodlił się o to, abym poznał Pana i Mu służył. Tam w altance uklęknął i położywszy swoją rękę na moim ramieniu, modlił się razem ze mną. Nie wydawał się być zadowolony, aż do momentu, kiedy ja zaczynałem się modlić, podczas gdy on robił przerwy. Cierpliwie i pełen miłości przysłuchiwał się mojej modlitwie i przyjaźnie mnie pouczał. W ciągu kolejnych trzech dni uczył mnie i modlił się ze mną. Dziadek zdążył wrócić jeszcze zanim odjechał Knill. Zebraliśmy się wszyscy razem na porannej modlitwie. Knill w obecności wszystkich, posadził mnie na swoich kolanach i powiedział: „Pewnego dnia to dziecko będzie głosiło Ewangelię, on będzie głosił przed wieloma ludźmi. Mam przekonanie, że będzie głosił w Kapelli Rowlanda Hilla, w której na obecny czas jestem pastorem”. Z wielkim spokojem mówił o tym i zwołał wszystkich tu obecnych na świadków. Potem dał mi małą monetę i poprosił, abym nauczył się pewnej pieśni: „ Jak Bóg, w tajemniczy sposób, dokonuje cudów...”
Jako małe dziecko, obiecałem, że ta pieśń zostanie odśpiewana w dniu, kiedy będę głosił kazanie w Kapelli Rowlanda Hilla.
Czy będzie to więcej niż sen?
Lata mijały, a ja już od jakiegoś czasu głosiłem w Londynie. Od tego momentu, kiedy Dr. Fletcher zaprosił mnie na kazanie dla dzieci, które każdego roku było wygłaszane w Kaplicy-Surrey. Ponieważ Dr. Fletcher zachorował, spytano mnie, czy mógłbym go zastąpić. „Tak”- odpowiedziałem- „pod jednym warunkiem, że dzieci zaśpiewają pieśń : > Jak Bóg w tajemniczy sposób ..< .” I tak się stało. Głosiłem w kościele, w którym głosił Rowland Hill i pieśń została zaśpiewana. Nie jestem w stanie opisać tego, co wtedy czułem. Słowo Bożego sługi wypełniło się. Ale czy kaplica Surrey rzeczywiście była miejscem, które miał na myśli Richard Knill? Jakim innym sposobem znalazłbym się w kościele Rollanda Hillsa, będąc na wsi, gdybym nie został poproszony do głoszenia. W tym właśnie kościele, w letnich miesiącach głosił Rowland Hill, a cały zbór śpiewał pieśń. To była wspaniała rzecz, która zdawała się być tak niepojęta , jak ta, że Pan jest dla mnie tak łaskawy.
Czy słowa Richarda Knillsa w jakiś sposób przyczyniły się do tego? Myślę, że tak. Będąc jeszcze dzieckiem, uwierzyłem mu wtedy i czekałem, aż nadejdzie ten czas, kiedy zacznę głosić. Świadomy byłem tego, że ktoś nienawrócony, nawet nie śmiałby wstąpić do takiej służby. Ta świadomość, bez wątpienia przyczyniła się do tego, że jeszcze bardziej szukałem ratunku i przy tym byłem pełen nadziei, że go znajdę. Gdy zanurzyłem się w miłości mojego Zbawiciela, nie trwało długo, a moje usta zaczęły głosić Jego zbawienie.
Jak to możliwe, że Richard Knill z taką mądrością wejrzał w przyszłość drugiego człowieka, w którą sam Bóg tylko wejrzeć może? Jak to się stało, że jeszcze on sam, wraz ze swoim młodszym bratem, mógł tego doświadczyć i cieszyć się, kiedy wypełniło się, co wcześniej powiedział i okazało się to prawdą? Wyciągnijmy z tego pytania praktyczną naukę: Bóg chce, abyśmy wszyscy byli tacy mądrzy jak Richard Knill, abyśmy wszędzie rozsiewali dobre ziarno!
John Eliot - „Apostoł Indian” nawet w dniu swojej śmierci służył. Leżąc na łożu śmierci uczył indiańskie dziecko alfabetu. Pewien jego przyjaciel powiedział do niego: „Dlaczego nie odpoczniesz od pracy”? Odpowiedź Bożego męża brzmiała: „Ponieważ prosiłem Boga, aby używał mnie w służbie dla Niego i On wysłuchał mojej modlitwy. Teraz, kiedy nie jestem już w stanie głosić, daje mi wystarczająco siły, aby nauczyć to biedne dziecko liter.” Nie dopuszczać takiej możliwości, aby stać się bezużytecznym, to jest główną regułą dla tych, którzy zostali powołani, aby zdobywać ludzkie dusze. Richard Knill mógłby ze zrozumiałych przyczyn powiedzieć, że zajmowanie się wnuczkiem jakiegoś kaznodziei to strata czasu, i że ma ważniejsze sprawy na głowie niż modlenie się z dziećmi. Czy chce ktoś powiedzieć, że ta, zdawałoby się tak poniżająca służba, przyniosła mniej efektów niż ta, w której głosi się wiele kazań do wielkiej liczby słuchaczy?
W każdym razie, trud jaki sobie zadał, aby zająć się małym chłopcem, przyniósł dla mnie skutki wiecznego błogosławieństwa. Zawsze będę tego zdania, że nie zmarnował swego czasu. Czyńmy dobro wszędzie, gdzie to tyko jest możliwe, a wkrótce będziemy oglądać rezultaty.
W czasie, kiedy Richard Knill przebywał w Chester, otrzymałem możliwość, abym sam dla niego głosił. To było dopiero spotkanie! Knill głosił w teatrze, w świetle reflektorów, a ja razem z nim. Głosząc w budynku przeznaczonym zupełnie do innych celów, straciłem wszelką nieśmiałość. Miałem w sobie swobodę i śmiało głosiłem w hali Exeter, czy w hali koncertowej -Surrey.
Gdy upłynęło ponad czterdzieści lat, jeszcze raz usiadłem sobie w tej altance. Był to dla mnie zachwycający moment. W czerwcu 1887 roku przyjechałem do Stambourne. Miałem wrażenie, że to sen. Pastor, który w tym czasie sprawował służbę w Stambourne, wraz z całą swoją rodziną, z synem i swoim wnukiem, wszyscy znajdowali się w ogrodzie. Nie mogłem nic innego, jak tylko zwołać ich wszystkich do altanki, by chwalić i dziękować Panu za wszystko co mi uczynił. Miałem wówczas wielkie pragnienie, aby modlić się za wszystkie zebrane wokół mnie dzieci. Bo Ten, który tak hojne mi pobłogosławił, pobłogosławi również i tym dzieciom. Chciałem aby te dzieci, kiedy dorosną przypomniały sobie świadectwo jakie przed nimi złożyłem, o tym jak wspaniały i dobry jest Bóg. Bóg błogosławił mi przez całe moje życie, uwolnił mnie od wszelkiego zła, dlatego chciałbym, aby On był Bogiem każdego młodego człowieka, który czyta tę historię.
Żaden człowiek nie jest w stanie spisać wszystkiego co przeżył. Przypominam sobie tylko kilka zdarzeń z domu i ze szkoły, które po czterdziestu, pięćdziesięciu latach pozostały mi w pamięci. To co najbardziej odcisnęło się w mojej pamięci z lat dziecięcych, było:
Mój pierwszy i ostatni dług
Będąc jeszcze bardzo małym chłopcem uczęszczałem do szkoły dla dziewcząt. Pewnego dnia potrzebowałem nowy rysik łupkowy, lecz nie miałem pieniędzy, aby go kupić. Byłem naprawdę małym, nierozważnym chłopcem i bałem się, że znowu w domu dostanę naganę, ponieważ często mi się zdarzało gubić rysik. Co mam teraz zrobić? W naszej miejscowości znajdował się mały sklepik, w którym pani Pearson sprzedawała różne rzeczy, między innymi: orzeszki, ciasteczka, bączki, piłeczki. Już wcześniej zaobserwowałem, że niektórzy chłopcy i dziewczęta kupują coś na kredyt. Pomyślałem sobie, że już niedługo nadejdzie święto narodzenia Pańskiego i z pewnością dostanę od kogoś w prezencie jednego pensa, a może nawet całą sześciopensówkę. Postanowiłem, że kupię na kredyt mój rysik i zaraz po świętach spłacę mój dług. Nie było to dla mnie jednak takie łatwe, ale nabrałem odwagi i wszedłem do sklepu. Rysik kosztował 1 halerz, a ponieważ jeszcze nigdy nie brałem w sklepiku kredytu, więc z łatwością stałem się właścicielem nowego rysika. Miła starsza pani wręczyła mi go i już zostałem zadłużony. Nie podobało mi się jednak to co zrobiłem, sumienie mówiło mi, że było to złe i nie miałem pojęcia, że już wkrótce mocno tego będę żałował.
Nie wiem jakim sposobem dowiedział się ojciec o moich interesach. Z pewnością jakiś ptaszek szepnął mu do ucha. W każdym bądź razie, ojciec poważnie podszedł do rzeczy i rozprawił się ze mną. Niech Bóg mu za to błogosławi. Ojciec był bardzo wrażliwym człowiekiem, nie należał do tych, którzy jak to jest dzisiaj psują swoje dzieci. Nie chciał, aby jego dzieci wyrosły na spekulantów, na ludzi, którzy czynią to, co niejeden niegodziwiec nazywa dzisiaj finansowaniem. Dlatego ojciec szybko wybił mi z głowy raz na zawsze zaciąganie długów. To była dla mnie mocna lekcja o kredytach, które niczym kradzież tak bardzo mocno niszczą ludzi. Dzisiaj mały chłopiec ma do spłacenia jednego halerza, a pewnego dnia może mieć już sto funtów, za które wsadzą go do więzienia i w ten sposób przyniesie on hańbę całej swojej rodzinie.
O tak, to była dla mnie lekcja. Do dzisiaj ją jeszcze słyszę i jak ją wspominam, to czuję łzy, które mi wtedy ściekały po policzkach. Jak zdrajcę do więzienia, tak mnie posłano do sklepu. Całą drogę płakałem i wstydziłem się okropnie. Oddałem halerza z powrotem. Dłużnik poczuł się wolny, niczym ptak, którego wypuszczono z klatki na wolność. Jakie to piękne – być wolnym od długów!
Nigdy tej lekcji nie zapomniałem. Myślę, że jeśli dzisiaj udzielałoby się dzieciom takich lekcji, to oszczędziłoby im się w późniejszych latach wielu zmartwień i problemów. Powiem, niechaj Bóg błogosławi mojemu ojcu i oby takich ojców było jak najwięcej, aby Bóg chronił nas od perfidnego upadku, bo przez długi naród gnije jak drzewo introligatorskie.
Od tego zdarzenia nienawidzę zaciągania długów, jak Luter papieża.
Kamienne jabłko i inne historie
Przypominam sobie pewne kamienne jabłko, które (kiedy byłem jeszcze dzieckiem) odkryłem na gzymsie babcinego kominka. Jakże ono było wspaniałe, jakże pięknie pomalowane. Co roku obserwowałem to jabłko, jednak ono nie dojrzewało, ani też nie gniło. Miało wspaniałe warunki, aby mogło się stać słodkie i miękkie. Ach, mogłoby ono w końcu dojrzeć! Myślę, że nawet słońce z pod samego równika, ani rosa z Hermonu, nie zdołałyby zrobić z niego jabłko nadające się do spożycia. Ten twardy z marmuru gatunek, połamałby nawet zęby olbrzyma. Była to wspaniała imitacja owocu Ducha Świętego, czyli takich obłudnych profesorów, którzy bezlitośnie drwią sobie z małych dzieci. To tacy członkowie zboru, którzy są niemili, zachłanni, ciągle oskarżający innych, złoszczący się i złorzeczący, egoistyczni, których wnętrze jest twarde jak kamień. Jakim są oni dzisiaj? Czy z biegiem lat dojrzeli? Czy zmiękli? Nie, raczej stali się gorsi, stali się jeszcze bardziej zatwardziali. Jak psy, które warczą i gotowe są pożreć, poszarpać i zniszczyć. Są wielcy, jeśli chodzi o niszczenie, potrafią siekierami niszczyć budowlę Bożą, kamieniami zasypywać źródła i uprawne pola. Jeśli diabeł chce kamieniem uderzyć Bożego sługę, to z pewnością użyje jednego z takich ludzi.
Jako dzieci mieliśmy w ogródku wyznaczony dla nas kawałek ziemi, w której mogliśmy siać nasze nasionka. Pamiętam jak pewnego razu zasiałem nasionka i jeszcze tego samego dnia poszedłem rozgrzebać ziemię, aby zobaczyć, czy zaczęły już kiełkować. Oczekiwałem, że jeszcze tego samego dnia powinny zacząć kiełkować. Uważałem, że kiełkowanie nasion i wschodzenie roślinek trwa strasznie długo. Pewnie powiesz: „to było takie dziecinne myślenie” , zgadza się , to było dziecinne. Ale jeśli chodzi o modlitwę, to życzyłbym tobie, abyś był jak dziecko, które zaraz po zasianiu oczekuje wzrostu i patrzy, czy się wypełnia. A jeśli się tak nie dzieje, to nie bądź dziecinny, i nie mów, że chcesz poczekać, aż nadejdzie odpowiedni czas, ale ciągle tam chodź i sprawdzaj, czy nasionko już pęcznieje, czy zaczyna kiełkować. Bądź pewny tego, że Bóg cię słyszy. Jeśli nic nie oczekujesz, nic też nie otrzymasz. Bóg cię nie wysłucha tak długo, dopóki nie uwierzysz, że On cię słyszy. Jeśli wierzysz, to On wysłucha twojej modlitwy stosownie do twojej wiary. Stanie ci się zgodnie z twoją wiarą.
Kiedy chodziliśmy do szkoły to rysowaliśmy na naszych łupkowych tablicach: konie, domy, drzewa. Podpisywaliśmy wtedy pod domem „dom”, pod koniem „koń”, inaczej mógłby ktoś pomyśleć, że koń to dom i odwrotnie. Dokładnie tak jest z niektórymi ludźmi, którzy musieliby zawiesić sobie na szyi szyld z napisem: „Chrześcijanin” inaczej mogliby pomyśleć o nich inni, że są nie zbawieni, bo tak bezbożne jest ich zachowanie.
Miałem kiedyś psa, którego bardzo lubiłem, a który był dla mnie bardzo drogocenny. Pewnego dnia spytał mnie jakiś człowiek na ulicy, czy oddałbym mu swojego psa. Pomyślałem sobie - czy on nie ma wstydu, żeby postawić mi takie pytanie? Otwarcie powiedziałem mu, co na ten temat myślę. Kiedy opowiadałem to zdarzenie pewnemu panu, ten z kolei spytał mnie: „ Wyobraź sobie, że o tę samą rzecz prosi cię bardzo bogaty i sławny na całą okolicę książę. Czy oddałbyś mu swojego psa?” Odpowiedziałem na to - „Myślę, że tak”. Na to odpowiedział mi ten pan: „ To jesteś jak cały świat; dałbyś mu coś, czego on tak naprawdę nie potrzebuje”.
Pewnego razu patrzyłem na pół kilo woskowych świec, które ktoś zawiesił na haku na którym wisiały ubrania, tuż obok kominka. Nie trwało to długo, jak świece zaczęły się topić i już wkrótce ubrania przesiąkły tłuszczem. Opowiadałem kiedyś to zdarzenie, ponieważ posłużyło mi jako obraz ludzi, którzy swoje plany i różne inne rzeczy wystawiają na gorąco, które je w końcu stopi.

