GERHARD KRÜGER - PRZEŻYWAĆ ŁASKĘ BOŻĄ

“MISTRZ JEST TUTAJ I WOŁA CIĘ”

Był piękny poranek niedzielny. Słońce świeciło wspaniale. Przygotowywałem się do wyjścia. I nagle, jakby jakiś wewnętrzny rozkaz: „Połóż teraz Biblię na stół!” Zaraz to zrobiłem. Otworzyły się drzwi. Wszedł jakiś nieznany mi żołnierz. Spojrzenie jego padło na stół. Zawahał się przez moment, a następnie podszedł do mnie i powiedział:

— Alleluja! A więc znów znalazłem jednego „Nazarejczyka”.

— Skąd jesteś?

Był to brat Thum, pastor zboru „Elim” w Lipsku.

— Mówisz po rosyjsku? — brzmiało jego następne pytanie.

— O tak, jestem tu właśnie dla Rosjan. Teraz pochwalił Pana jeszcze raz zawołaniem ,,Alleluja”, po czym poinformował mnie:

— Tu są znakomici rosyjscy bracia i siostry, prawdziwi zielonoświątkowcy! Modlą się tak jak my — wszyscy razem. Musiałbyś to chociaż raz usłyszeć. Chodź szybko ze mną! Ich spotkanie chyba się właśnie zaczęło. Ale oni nie są przecież tacy punktualni i pozostają długo razem.

Zaraz tam pośpieszyliśmy. Z daleka usłyszeliśmy już ich śpiew. Ale wydawało mi się słyszeć tylko głosy kobiet. Gdy weszliśmy, przerwali pieśń. Przywitałem ich słowami: „Mir Warn!”, czyli „Pokój Wam!”. Jest to pozdrowienie dzieci Bożych w Rosji. Z wyjątkiem jednego starego, ułomnego brata były tu tylko siostry w różnym wieku. Mężczyzn aresztowano na krótko przed wybuchem wojny i wywieziono do obozu pracy na Syberii. Tak mi tu powiedzieli. Tej niedzieli mieli też Wieczerzę Pańską. Jako brat musiałem zaraz poprowadzić spotkanie i również usłużyć przy Wieczerzy Pańskiej.

Około 3 miesięcy pozostałem w Witebsku. Wspaniałe były to godziny! Poza spotkaniami musiałem braci i siostry odszukiwać jeszcze w domach. Najweselszym przy tym był oczywiście zawsze brat Thum. Znalazł tłumacza. Później zaginął gdzieś w Rosji. Już wtedy było bardzo wielu partyzantów, my jednakże zostaliśmy od nich uchronieni. Wśród Rosjan mówiono wkrótce dokoła:

„Ci dwaj Niemcy przynoszą nam chleb”. Srożyła się bieda. Chleb robili z palonego ziarna i marchwi. Był twardy i ciężki; można było od niego umrzeć.

Potem w ciągu jednego tygodnia straciłem w Rosji swego trzeciego i czwartego brata. A do tego siostra dostała się w tryby młockarni i została ciężko poraniona. Moja żona zachorowała na zakażenie krwi. Wszystkie te Hiobowe wieści otrzymałem pocztą polową. Cztery listy — cztery nieszczęścia. Musiałem dojść do ładu nad tym ciężkim wyrokiem i zebrać myśli. Gdy to uczyniłem wyszedłem na zewnątrz, szukając jakiegoś kąta, by być sam. Biedna, biedna matka… „O Panie, pociesz ją!” — zawołałem w modlitwie. Wówczas przyszła do mego serca pewna pieśń, której nauczyłem się od brata Thuma:

Kocham Cię i będę Cię kochać,

Nawet jeśli nic kochanego nie pozostanie już dla mnie na ziemi.

Nigdy moje serce dla Ciebie nie ostygnie, o Panie,

Umierając westchnę jeszcze: kocham Ciebie!

Szef dał mi urlop okolicznościowy. Jadąc w kierunku domu, ciągle jeszcze znajdowałem się w Rosji. Pociąg mógł w każdej chwili wylecieć w powietrze. Roiło się od partyzantów. Ponieważ wszystkie przedziały były zapełnione, położyłem się w drugim wagonie za lokomotywą, aby się przespać. Nazywano je „wagonami do nieba”, bo gdy lokomotywa najeżdżała na minę, to te wagony właśnie były najpierw rozbite. Ale byłem zbyt zmęczony, aby gdzie indziej stać. Poleciłem się Panu i wkrótce zasnąłem. Przyśniło mi się wtedy, że najechaliśmy na minę. Lewe tylne koło lokomotywy zostało uszkodzone i kawałek szyny zgięty.

Naprawa trwała półtorej godziny, nikomu z urlopowiczów nic się nie stało i pojechaliśmy zdrowo dalej. I wtedy obudziła mnie ciężka eksplozja. Faktycznie, najechaliśmy właśnie na minę. Wszystko było tak, jak to dopiero co zobaczyłem we śnie. Mogłem swych towarzyszy podróży uspokoić i dzikie ich krzyki ustały. Pan Bóg zobaczył moje smutne położenie i poprzez wizję tego bliskiego nieszczęścia dał mi do zrozumienia, że jest ze mną. Odwiedziny matki i rodziny były krótkie, ale niezapomniane, nie do wyrażenia słowami. Ale przyjdzie czas, że On wszystkie łzy obetrze i już nie będzie więcej żadnego cierpienia, żadnego bólu, żadnej śmierci.

Pewien kolega, który zwykle zajmował miejsce naprzeciwko mnie i był zazwyczaj przydzielany do mojej zmiany, reagował zawsze złośliwie, kiedy widział, że czytam Biblię. Jednego dnia powiedziałem mu:

— Nie popełniaj błędu, Bóg nie pozwala, by się z Niego naśmiewano. Co człowiek posieje, to zbierze.

Po kilku dniach został zabity przez partyzantów. Niemcy znajdowały się wówczas u szczytu swej potęgi militarnej. W Afryce Rommel stał u wrót El Alamain, a na Kaukazie zatknięto flagę na Elbrusie. Okropnie naśmiewano się z Żydów. Mówiono, że wkrótce Rommel i Manstein podadzą sobie ręce w Jerozolimie.

A ten mój kolega z naprzeciwka nazwiskiem Struchalle, Niemiec sudecki, kpił sobie nader swawolnie i rzucał na Żydów słowa pełne nienawiści. Po jego śmierci miałem w czasie pracy więcej spokoju. Jednak pewnego dnia znów były szaleństwa. Anglicy ogłosili narodowy dzień modlitw i oczekiwali obecnie więcej pomocy od Pana Boga. Nasi oficerowie przeklinali teraz bluźnierczo. Wstrząsnęło mną. Schowałem się za parawan, by się pomodlić. Wówczas odezwało się we mnie: „Przeczytaj Księgę Estery!” Uczyniłem to zaraz i nie troszczyłem się o służbę. Inni spędzali ją właśnie na piciu i wrzaskach. Jeszcze dwa lata i załamanie na Wschodzie będzie faktem! Niemiecki wódz Wehrmachtu zawiśnie! Tak widziałem to w przyszłości, według wizji jesienią 1938, a teraz przy czytaniu Księgi Estery. Poczułem duże przygnębienie. Najchętniej bym wyrzucił precz karabin. Ale gdy modliłem się i zanosiłem do Pana położenie całego mego narodu, mówił mi Bóg, że mam wytrwać i pełnić służbę, jaką On dotąd mi wskazał i również nadal będzie ukazywać. Poddałem się Mu jeszcze gorliwiej, aby nadal słyszeć Jego głos.

„Powiedzcie mi, proszę, gdzie są tu ludzie, którzy nie palą, nie piją, nie przeklinają, lecz śpiewają i modlą się”. Tak spytałem w Smoleńsku, do którego zostałem przeniesiony, a który był obsadzony przez Niemców i już miał tymczasowy zarząd miasta.

— Tak, niech pan pójdzie na ulicę Zapolnaja pod nr 28. Tam mieszka ich starszy brat Sidorenko.

Jeszcze tego samego dnia byłem u niego. Miły, starszy brat z typową rosyjską brodą. Powiedziałem tylko: „Slava Gospodu”! a już objął mnie i zaczął chwalić Pana. Spotkania odbywały się na przedmieściu Jamszczyna. Błyskawicznie rozniosło się dokoła:

„Pewien Niemiec głosi kazanie po rosyjsku”. O, jak wielu zebrało się wówczas w ciasnym pomieszczeniu! Raz policzyłem około dwustu ludzi na 50 m2. Wyniesiono ławy, krzesła i nawet stół, aby było więcej miejsca. Ciasno ściśnięci stali i ze łzami słuchali Słowa Bożego. Co pewien czas słyszało się „Slava Gospodu!” („Chwała Panu!), zduszone w połowie przez płacz lub szeptem wypowiedziane imię Jezusa. Niezapomniane pozostają mi owe godziny. I choć już od tego czasu upłynęło 26 lat, mam je nadal wyraźnie przed oczyma.

Na owym spotkaniu zwróciłem zwłaszcza uwagę na pewną kobietę z dzieckiem na ręku. Zważała na każde słowo. Czasami szlochała, a potem twarz jej znów się rozpromieniała. Tak stała przez 4 godziny. Nabożeństwo tyle zwykle trwało. Spytałem ją później, skąd przybyła. Wymieniła miejscowość oddaloną o 40 km. Poszła nocą o godzinie drugiej, a już tego samego dnia musiała wrócić, by następnego ranka pójść do pracy w jednostce niemieckiej. Aby więc uczestniczyć w spotkaniu, przemierzyła łącznie 80 km i stała tu jeszcze 4 godziny, czyli że około 20 godzin była nieprzerwanie na nogach. Oto głód Bożego Słowa i spotkania się z braćmi i siostrami.

Właśnie wzajemne przebywanie ze sobą było bardzo pielęgnowane przez rosyjskich braci i siostry. Mówiła o tym jedna z ich ulubionych pieśni, pod krótkim tytułem „Dorogije minuty”. Oto jej fragment, w przybliżeniu:

Jakże drogie minuty darował nam Pan Bóg. Widzieliśmy siostry i braci, Obiecał Jezus, że z nami teraz będzie, Jemu oddajemy teraz swe serce.

W Smoleńsku poznałem też kochanego brata Christiana L. Był podoficerem w wielkiej piekarni wojskowej. Dzięki jego życzliwości mogli również ci biedni bracia i siostry zaopatrywać się w chleb. Ten drogi mi Christian nie był jeszcze ochrzczony. Jego również poprowadziło Słowo Prawdy i poprosił mnie o chrzest. Pewnego pięknego poranka niedzielnego poszliśmy do Dniepru. Tam przyjął chrzest i tam wkrótce znalazł miejsce swego wiecznego spoczynku. Miałem jeszcze wiele wspaniałych przeżyć.

Pewnego dnia musiałem zameldować się u szefa.

— Krüger, co robicie w wolnym czasie?

— Odwiedzam Rosjan.

Domyślałem się już, że ktoś na mnie doniósł.

— A co u nich robicie?

— Opowiadam im o pokoju, jaki Jezus wnosi do serca.

— Bardzo dobrze, ale nie chodźcie już więcej do domu Rosjan. Możecie nas wszystkich narazić.

Co teraz robić? Poszedłem znów na ulicę Zapolnaja do brata Sidorenko i powiedziałem mu, że nie będę już mógł do tych domów wstępować. Ale niech on zbiera braci i siostry w domu i wokół niego, to ja stanę przy płocie i będę im przekazywał Słowo Boże. I tak się też działo. Po kilku tygodniach przyłapano mnie ponownie na tym i znów była na mnie skarga. Stanąłem przed szefem.

— No, znowu musiałem was wezwać i myślę, że wiecie dlaczego.

— Właściwie niezupełnie, panie inspektorze.

— Jakżeż nie? Byliście przecież znów w domach u Rosjan i przemawialiście do wielu ludzi!

— Tak jest, zgadza się, że przemawiałem do wielu ludzi, ale wcale już do ich domu nie wchodziłem.

— Jak żeście to więc robili?

— Poszedłem — jak mówi Biblia — aż do ogrodzenia, a Rosjanie byli za nim. Wtedy oczywiście wygłosiłem im kazanie.

Wtedy mój inspektor B. roześmiał się i powiedział:

— Wobec tego mianuję was kaznodzieją na pustyni, zamiast nad Dnieprem. Ale teraz wygłoście kazanie również nam! Od tej pory koledzy nazywali mnie „kaznodzieją znad Dniepru”. I jeszcze dziś, gdy spotkam się z kimś z owej jednostki, nadal mnie tak nazywa.

Czy mogę zrobić pewien przeskok w czasie? To było latem roku 1957. Znajdowałem się w amerykańskim mieście Portland, w stanie Oregon. Po drodze zatrzymałem się na zlocie obozowym Apostolic Faith Mission. Gdyśmy się już rozchodzili, usłyszałem nagle: „Ej, kaznodziejo pustynny znad Dniepru, skądżeś się tu wziął?” Był to kolega z mojej jednostki, który w międzyczasie stał się wierzący. Również razem z mym szefem mogłem po wojnie uklęknąć wspólnie podczas pewnych odwiedzin w Wiesbaden.

Jesienią 1943 zaczęli Rosjanie bombardować miasta na tyłach, chociaż były to ich własne miejscowości. Ataki te okazały się wprawdzie nie tak bardzo niszczycielskie, ale trochę szkód narobiły. Niemało cywilów i żołnierzy zginęło wówczas pod bombami. Mieszkałem na 4 piętrze dużego bloku. Znów zawyły syreny. I już były nad nami bombowce. Spadały bomby. Sąsiedni dom został trafiony i rozwalony. Wczesnym rankiem zobaczyłem oderwaną cienką rękę kobiecą. Zabolało mnie to bardziej niż wielu zabitych, jakich dane mi było ujrzeć w ciągu wojny. Tylko jedna ręka kobieca…

Kilka dni później bomby trafiły w kwaterę naszej jednostki. Było to około północy. Miałem służbę z kolegą. Ponieważ niewiele było do roboty, smażyliśmy sobie ziemniaki. Były już prawie dobrze przyrumienione, gdy znów spadły bomby. Rosjanie nadlecieli tak szybko, że syreny nie zdążyły nas uprzedzić. Okropne, taki nieoczekiwany nalot! Było paru zabitych. Wszystko ogarnęły ciemności. Wreszcie kolega znalazł latarkę kieszonkową. Zaświecił. I oto z jego ust wyszła skarga: „Tak się cieszyłem na pieczone ziemniaki, a teraz wszystko…” — i zaklął. Taki oto jest człowiek. Zabici — no, cóż, byli przecież zabici — oni powinni przecież zrobić większe wrażenie niż spalone kartofle.

Cofający front zbliżał się. Wielu kolegów, którzy dotąd w grupie wojskowej mieli dobry humor, stali się nerwowi. Niektórych przeniesiono na wypoczynek, inni otrzymali wcześniejszy urlop, ale można było zauważyć lęk przed okropnością, która nadchodzi. W Smoleńsku dowiedziałem się również o hermetycznej ciężarówce, w której gazowano miejscowych Żydów. Zaufany kolega zaprowadził mnie ukradkiem do dawnego budynku NKWD, gdzie obecnie znajdowała się SS i pokazał to z oddali. „Co nas za to teraz czeka?” — spytał mnie bezradnie. Inny drogi kolega, niejaki Stossel z Turyngii, mówił całkiem otwarcie o upadku Niemiec. I przepowiedział, jak to będzie, gdy Rosjanie wejdą do Niemiec. „Oddadzą nam wet za wet” — podsumował swe przewidywania pełne lęku. Trzymaliśmy się razem i o ile wiem, nikt nikogo do końca nie zdradził. Często starałem się przekazywać takim kolegom Słowo Boże. „Tak — odpowiadali — Biblia jest prawdziwa, ale jest ona sądem nad nami”.

Pewnej nocy miałem wizję. Ujrzałem pole żniwne rozciągające się od Hiszpanii aż po Japonię. W Hiszpanii przyłożył jakiś człowiek kosę i kosił aż po drugi kraniec. Gdy się temu przyglądałem, spostrzegłem ze zgrozą, że ów człowiek nie kosi trawy ani zboża, lecz ludzi. Spytałem: „O Boże, gdzie są jednak Twoje dzieci?”. Ujrzałem wówczas jak ze wszystkich krańców skoszonego pola podnoszą się białe postacie. Przybywały wspólnie na środek, chwytały się ze ręce i śpiewały. Wiedziałem, co się stanie i jak się to stanie. W Hiszpanii zaczęło się mordowanie i pójdzie ono aż po Japonię. Również dzieci Boże przy tym ucierpią i nie będą oszczędzone. Ale wierzących czeka wspaniałe zmartwychwstanie. Rosyjscy bracia i siostry nie wierzyli w odwrót naszych wojsk. Wtedy opowiedziałem im o tej wizji i napomniałem, aby byli wierni Panu aż do śmierci. Wówczas uwierzyli w to. Padliśmy sobie jeszcze raz w ramiona, aby zobaczyć się u Pana.

Nastąpił odwrót aż prawie pod Mińsk, gdzie założono kwaterę główną. Musiałem tu pomagać przy urządzaniu kwater. Dostałem w tym celu rosyjskich jeńców. Wkrótce zżyliśmy się wzajemnie. Dzieliliśmy się jedzeniem. Dowiedziałem się od nich o jeńcach, którzy w obozie w Mińsku zmarli z głodu i od chorób. Władze niemieckie podawały liczbę około 40 tysięcy, oni jednak twierdzili, że było 69 tysięcy. Lękałem się przyszłości. Jak to będzie wkrótce z jeńcami niemieckimi? Wielu tym rosyjskim jeńcom mówiłem o Jezusie. Niektórzy nie rozumieli tego, inni potwierdzali. A jeszcze inni powiedzieli mi, że znają w Rosji dużo takich ludzi, którzy mówią właśnie w ten sposób, jak ja, ale że w większości wtrącono ich do więzienia lub nocą wywieziono. I wtedy mówili do siebie z żalem: „A byli to zawsze dobrzy ludzie, którzy troszczyli się o swe żony i dzieci.”

Utworzyłem również organizację zajmującą się paczkami. Od kolegów nie mających krewnych wyprosiłem talony na paczki i wysłałem bratu B. Gotze do Łodzi. On przysłał mi Biblie i śpiewniki. W ten sposób zbory w Smoleńsku i w Mińsku zostały zaopatrzone w Pismo Święte. Oczywiście, ci ofiarni koledzy otrzymali ode mnie ciasto, pieczywo lub inne rzeczy, jakie mi żona przysłała. Dzięki łasce Bożej nigdy te paczuszki nie były otwierane przez pocztę polową. Ręka Pana czuwała nad tym.

Gdy tylko przybyłem do Mińska, odczułem potrzebę, by odszukać tu braci i siostry. Przy jednej z ulic zobaczyłem niski domek, a w nim sześcioro dzieci, małych i większych. Powitałem je cukierkami. Nabrały zaufania i zaprosiły mnie do mieszkania. W rozmowie dowiedziałem się, że są to dzieci dawnego przełożonego zboru w Mińsku. Ich ojca zabrano nagle na krótko przed wybuchem wojny i już nie wrócił. Matka musiała potem ciężko harować i wkrótce zmarła. I tak oto te dzieci rosły same w swej biedzie. Pan Bóg pozwolił mi je znaleźć. Potrzebowały rychłej pomocy. I teraz stałem się ich niemieckim wujkiem od chleba. Brat Christian z piekarni wojskowej też niebawem przyjechał do Mińska i dzięki temu dostawały te dzieci w niedzielę nawet biały chleb i ciasto.

Zbór w Mińsku odwiedziło już kilku niemieckich żołnierzy, jako bracia. Liczył on ponad 100 członków. Tu przeżyłem nawrócenie pewnego studenta z Moskwy. Niemcy zajęli Mińsk tak szybko, że człowiek ten nie mógł już wrócić po wakacjach do Moskwy. Pewnej niedzieli przyszedł do naszego zgromadzenia. Mówiłem o odpuszczeniu grzechów i chciałem kazanie zakończyć. A wtedy ten młody człowiek padł na kolana, podniósł ręce i zawołał do Boga o przebaczenie swych grzechów. W modlitwie powiedział, że takich słów o życiu wiecznym jeszcze nie słyszał i że chciałby się nimi nasycić. Raz po raz prosił Pana Boga o oczyszczenie serca, aż przeniknęła go potężna radość.

22 czerwca odbył się wspaniały chrzest ponad 50 osób w rzece Świsłoczy. A potem trzeba było jechać dalej. Aż nadeszła katastrofa. Niemieckie uderzenie pod Bobrujskiem przy użyciu IX Armii nie udało się, bo została ona nieomal rozgromiona. A IV Armia, która miała pośpieszyć na pomoc, pozostała bez dowódcy i bez szefa sztabu. On był z ludźmi „20 lipca”, którzy znajdowali się właśnie w Berlinie przy zaplanowanym zamachu albo byli już bez wyroku rozstrzelani na ulicy Bendlera. Po tym kilku generałów III Armii — czyli tzw. armii krycia frontu — popełniło samobójstwo. Rzucone szybko oddziały SS nie były już w stanie zamknąć tak wielkiej wyrwy we froncie. Nastąpił całkowicie chaotyczny odwrót. Również nasza dalsza jazda została zatrzymana w lasach pod Stołpcami przez partyzantów oraz czołówki rosyjskich czołgów. Udało nam się z biedą wysadzić w powietrze poszczególne ważne wagony i uciec. Ale dokąd, w którym kierunku? Byliśmy otoczeni. Nadeszła jasna noc księżycowa. Uznaliśmy jedynie, że można wystawić wartę. Wyszedłem z kolegą (nazwiskiem Matthaus) na leśne wzgórze. Przed nami ukazały się jakieś trzy postacie. Nie można już było ich wyminąć. Rozpoznałem, że to cywile, mężczyzna i dwie kobiety.

— Co robicie tu nocą?

— Och, modliliśmy się, drogi panie — odpowiedzieli bojaźliwie.

— Czy chociaż modliliście się szczerze?

— O tak, modliliśmy się.

— No, to będziemy się modlić dalej.

I zacząłem wielbić wspaniałego Zbawcę za to spotkanie. Tak, „Ty przygotowujesz mi stół w obliczu mych nieprzyjaciół”. Był to brat i siostry ze zboru w Stołpcach, po tej stronie granicy rosyjskiej, gdyż Stołpce były graniczną stacją kolejową. Sprzed wojny znali oni również brata Artura Bergholza. Ich dom znajdował się na zboczu tego wzgórza. Poszedłem do nich tam razem z kolegą. Pomodliliśmy się jeszcze raz, rozważyliśmy fragment Słowa Bożego i musieliśmy się też posilić. Potem pożegnaliśmy się, wiedząc, że tam, w wieczności zobaczymy się ponownie. Zgodnie z wewnętrznym poprowadzeniem wybrałem określony kierunek. Wkrótce spotkaliśmy więcej żołnierzy. Wczesnym rankiem odkrył nas pewien samolot i pokazał nam najlepszą drogę.

W połowie lipca przybyliśmy do Warszawy, gdzie najpierw zebraliśmy się. Mając parę godzin wolnego, mogłem znów się wybrać do brata Stanisława Krakiewicza. Chcąc być ostrożnym zostawiłem broń i zawierzyłem się Panu Bogu. Gdy brat Stanisław zobaczył mnie bez broni, wykrzyknął radośnie:

— Tak jest słusznie! Teraz chroni cię Bóg, bo inaczej ludzie z podziemia zaatakowaliby cię samego, rozbroili i może zabili. Nie wiedzą przecież, kim jesteś.

Nie orientowałem się, na jakie niebezpieczeństwo się narażałem. Ale Pan Bóg trzymał swą rękę nade mną. W niedzielę rano służyłem jeszcze w ich zgromadzeniu. Drżeli o moje życie, bo lada dzień miało wybuchnąć powstanie, prowadzone przez armię liczącą ponad 100 tysięcy bojowników. Jedna z wiernych sióstr ostrzegała mnie bardzo, abym jak najszybciej opuścił Warszawę.

Również nasze „kochane” kierownictwo zwąchało wreszcie pismo nosem.

I już byliśmy w drodze na Prusy Wschodnie, gdzie zorganizowaliśmy sobie zakwaterowanie w Ortelsburgu. Aż do końca listopada, czyli całe trzy miesiące mogłem sobie tu odpocząć u kochanych braci i sióstr — Pawlitzkich i Gallmeister. Pomagałem staremu ojcu Pawlitzkiemu w służbie kaznodziejskiej i przeżyłem niejedno błogosławieństwo.

Z końcem listopada przeniesiono mnie na front zachodni, ponieważ mówiłem również po angielsku. Przebąkiwano o wielkiej ofensywie niemieckiej, ale to miała być już ostatnia konwulsja piekielnej bestii. Mój szef, który był mi tak bardzo życzliwy, załatwił jeszcze jeden urlop i dzięki temu mogłem znów zobaczyć Łódź, gdzie pobyłem trzy tygodnie. Wydawało mi się to czymś prawie niewiarygodnym. Boże prowadzenie! Oprócz żony i dzieci mogłem jeszcze raz zobaczyć się ze wszystkim drogimi braćmi i siostrami. Każdego prawie wieczoru spotykaliśmy się gdzie indziej, gdyż prawdziwi zielonoświątkowcy gromadzili się tu i tam w domach, mimo przyłączenia do baptystów. I wielu wówczas otrzymało chrzest w Duchu.

A potem przyszło pożegnanie. Stałem oparty o regał biurka. Nagle ukazał mi się przed oczyma Psalm 32, werset 8: „Umocnię moje spojrzenie na tobie” itd. Powiedziałem:

— Erwino, zobaczymy się ponownie, ale nie w Łodzi. Sąd Boży przyjdzie na to miasto i na całe Niemcy. Niewymowną, karę będzie musiał wycierpieć nasz lud.

Poleciliśmy się Łasce Bożej. Jeszcze jedno spojrzenie na żonę i dzieci. Już nie mogłem się odwrócić — ból był zbyt wielki.

A następnie długa jazda. Ciągły widok zburzonych miast i wiosek, piekielny akompaniament raz po raz wyjących syren. Wszystko to kładło się porażająco na ducha. Nikt prawie się nie odzywał. Wiedzieliśmy, że również ta nowa ofensywa zachodnia obróci się w jeszcze większą ruinę.

W przepięknym Wermelskirchen zgłosiłem się w nowym miejscu służbowym. Była to właściwie ta sama służba, ale w języku angielskim. Miałem więc znów dosyć czasu. Wkrótce nawiązałem kontakt ze zborami (darbystów i baptystów), które istnieją do dnia dzisiejszego. Było wiele nalotów. Raz, podczas takiego ataku straciliśmy 35 ludzi. W czasie nalotów odwiedzałem rodziny wierzących, pocieszałem Słowem Bożym i modliłem się z nimi. Nikt już nie znał granic między wyznaniami. Każdy mógł być następną ofiarą. Potem jeszcze raz mnie przeniesiono, mianowicie do Holandii — do HKL. Miałem wypełnić zadanie specjalne. Tylko 10 dni pobyłem w HKL, po czym znów mnie przeniesiono. Ale dwa przeżycia zapisały się głęboko w mym sercu. Było to w Utrechcie. Stanąłem na rynku. Pewna młoda, ale bardzo wybiedzona, nędznie wyglądająca kobieta z dwojgiem czy trojgiem dzieci podeszła do wozu i poprosiła z płaczem o chleb. Dałem jej wszystko, co miałem. Ale stała nadal. Powiedziałem, by podziękowała Panu Bogu i poszła.

— Nie pójdzie pan ze mną?

Zrozumiałem i pokazałem jej prawą rękę z obrączką, podniosłem do góry i powiedziałem:

— Pan Bóg przecież nadal żyje!

Oczy jej wypełniły się łzami, a na zmęczonej twarzy ukazał się promienny uśmiech. Jakże szczęśliwa była w tym momencie ta młoda matka! Nie potrzebowała dziękować przez oddanie siebie. Teraz wiedziałem również, dlaczego ten lud tak blisko z nami spokrewniony tak nas znienawidził. A niektórzy jeszcze dziś nienawidzą. Nie można im brać tego za złe. Teraz zbierałem chleb u wojaków, żywiłem się sam skórkami wyrzucanymi przez żołnierzy i odwiedzałem wiele rodzin, by biedę łagodzić. Aż pewnego dnia pewien świeżo przybyły student, pogroził mi obozem w Dachau. Ale również na Zachodzie klęska stała przed drzwiami. Dostałem jeszcze dowód specjalny i mogłem udać się w okolice Flensburga, gdzie znajdowała się właśnie moja placówka służbowa. 27 maja 1945, zaledwie trzy tygodnie po kapitulacji, ogłoszono nam internowanie. Bodajże 16 czerwca przybyłem do obozu w Tellingstedt. Na czwarty lub piąty dzień przesłuchiwano mnie. Niszczenie książeczek uposażenia (żołdu) było przecież znanym ostatnim czynem „sławnego” Wehrmahtu, przed pójściem do obozu jenieckiego. Podoficer śledczy pytał mnie poprawną niemczyzną, jaką służbę spełniałem w armii. Odpowiedziałem mu, patrząc w oczy:

— A service in the signal troops (służbę w jednostce łączności).

— Gdzie nauczył się pan angielskiego?

— W amerykańsko-angielskiej Szkole Biblijnej w Gdańsku.

— Wobec tego jest pan wolny!

Popatrzyłem na niego z wdzięcznością, a on mnie zrozumiał. Tak, byłem rzeczywiście wolny; wolny dla niemieckiego ludu, który otrzymał od Boga jeszcze jedną łaskawą pauzę na oddech przed ostatnim przesłuchaniem, które przyjdzie na cały świat. Było dla mnie jasne, że łaskawy dar Boży polegał na tym, iż wojnę przegraliśmy. Inaczej nie mielibyśmy już czasu na zastanowienie się. Trzeba więc teraz wykorzystać tę pauzę na oddech.

Jan 14:23