Moc Bożego Słowa
Moc Bożego Słowa - część 1
Chwała Bogu za Jezusa, za Jego łaskę, Jego dobroć. Będziemy chcieli mówić o mocy Bożego Słowa. Ta moc objawia się w nas poprzez stracenie starego, a zyskanie nowego. Słowo jest prawdziwie w mocy wtedy, kiedy uwalnia nas od starego człowieczeństwa, a darzy nowym człowieczeństwem. Wszystko staje się zupełnie nowe. Wiecie, to jest piękne: skażony umysł – nowy umysł, skażone serce – nowe serce, skażone działanie – nowe działanie. Wszystko nowe. Przecież to jest cudowne! Nie trzeba pić, nie trzeba palić, nie trzeba oglądać się nie wiadomo za czym. Nareszcie można żyć.
Ludzie spotykają się, gadają jakieś głupoty o różnych rzeczach. Pełno słów, ale bez znaczenia, które nic nie dają. Pokazują „ja”, ale nie pokazują Boga. A można mieć słowa, które pokażą Boga. Jeśli to Słowo, które pokazało Boga, stało się ciałem i zamieszkało między nami, to ono chce zamieszkać w nas, aby można było zobaczyć w nas jaki jest Bóg. Ludzie poprzez życie Bożych dzieci mogą widzieć: błąd, to trzeba zapłacić. Trudno, ciężkie to jest, ale przynajmniej nauczysz się, że nie będziesz mówił: „a, jakoś to przejdzie”. Takie życie, że „jakoś przejdzie”, to jest życie stracone, bo u Boga nic nie przejdzie. A więc na prostych rzeczach Bóg uczy nas. Straciłeś premię, to jeszcze niewiele, ale kiedy stracisz życie wieczne, to dopiero będzie strata!
Może ktoś zgrzyta zębami na ciebie, dziecko Boże. Na Jezusa ilu ludzi zgrzyta zębami? Tylko ci, którzy z Niego korzystają, a wszyscy inni zgrzytają na Niego. Nie mile smakuje im kiedy ktoś mówi im o Jezusie. Zaraz ta mina opada, człowiek czuje się, że to chyba nie to miejsce, w którym dzisiaj chciałbym być. Większość nie umie nawet słuchać o Jezusie. To jest tragedia człowieka! Jezus chodził po tej ziemi i dla każdego człowieka otworzyła się droga ratunku, zbawienia, wyrwania z tego świata ciemności.
Wiecie, to jest piękne, że kiedyś można było gadać głupoty, a teraz można już nie mieć tych głupot w sercu, w myślach, w działaniu. Masz nowe pragnienia, nowe dążenia. Nie myślisz jak kogoś zwieść, ale myślisz jak kogoś przyprowadzić do Boga. Człowiek myśli sobie: „o co chodzi, przecież nie jestem taki zły?” Każdy jest zły i zepsuty, bo Jezus nie mieszka w człowieku zepsutym. Człowiek musi być uwolniony ze swego zepsucia, żeby Jezus mógł tam zamieszkać. A więc każdy jest jak pusty dom, w którym demony mogą robić spustoszenie jakie chcą, rozsiewać różne zarazy, przekleństwa, różne złe rzeczy.
Ale jeśli dom jest strzeżony przez Boga? Każdy człowiek potrzebuje, żeby ktoś go pilnował. Kiedy pilnuje go drugi człowiek, to i nie ma czasu i zaśnie. Ale jak pilnuje go Jezus – „Pan jest pasterzem moim, niczego mi nie braknie”.
A więc to Słowo musi zamieszkać w nas. To jest bardzo ważne. Ono musi powodować, że jesteśmy już innego rodzaju ludźmi, mamy inne pragnienia, inne dążenia, inne rzeczy nas cieszą i smucą. Wszystko zupełnie się zmienia.
Czas coraz bardziej dobiega do zakończenia. Biblia mówi, że w czasach końca narody będą łączyć się ze sobą i będzie tak, że nie będzie można już kupić, ani sprzedać, jeśli nie będziesz w tej strukturze tych narodów. Na naszych oczach wypełnia się Boże Słowo. Ludzie używają zamiast pieniędzy kart. To jest bardzo dobry sposób, żeby wyeliminować ludzi, którzy chcieliby coś kupować, albo sprzedawać. Jeśli wyeliminujesz pieniądze i zostawisz tylko kartę, i każdy będzie miał kartę, nie będziesz mógł nic kupić za pieniądze, gdyż będziesz musiał mieć tą kartę, by móc coś dostać. Powoli społeczeństwa łączą się ze sobą, ale bez Boga!
Jezus przyszedł, aby złączyć ludzi w jedno dla chwały Boga. A dzisiaj ludzie łączą się, ale nie dla chwały Boga. A więc widzisz to łączenie, gdzie jeden oszukuje, czy okrada drugiego. Bogaci wykorzystują, żeby mieć więcej z tych biednych, wiele czarnego rynku, różnych złych rzeczy. Brak normalności! I tak to się łączy. To łączy się zgodnie z tym, który jest głową tego łączenia, czyli diabeł. To jest kłamca, oszczerca, jest fałszywy, nie patrzący, żeby sprawić człowiekowi dobro, tylko czyni krzywdę, ale w taki sposób, żeby człowiek chciał być w tym miejscu, żeby ten grzech smakował.
A przychodzi Słowo Boże i daje nam wolność, uwolnienie od tej niewoli ciemności. Daje swobodę, żeby poruszać się w skażonym świecie, ale w inny, Boży sposób. Czyż nie jest to cudowne, by wpuścić to Słowo do swego wnętrza, żeby Ono tak mnie zmieniło, żeby bardziej zależało mi na tym, co Bóg pomyśli o mnie, niż pomyślą wszyscy ludzie? Jeśli On o mnie dobrze myśli to znaczy, że ja idę do Jego wieczności. A jeśli On źle myśli o mnie, to gdzie ja pójdę? Bóg pokazał jak dobrze myśli o Swoim Synu i mówi: „Oto Syn mój umiłowany, Jego słuchajcie.” A jak wyrażał się Pan o uczonych w Piśmie i faryzeuszach? „Słuchajcie co mówią, lecz nie naśladujcie ich życia”. Zabrakło tam siły Słowa, gdyż nie wchodziło ono do środka. Mieli je w Księdze, którą czytali, ale nie mieli tego Słowa w środku i nie mogli żyć tym Słowem, bo Słowo stało obok nich, a oni nie chcieli przyjąć Go. A tym, którzy Go przyjęli dał prawo być dziećmi Boga żywego.
Co to znaczy przyjąć Słowo? To znaczy – przyjąć Boże rozwiązanie na moje życie. Bożym rozwiązaniem na moje życie jest to, by Słowo Boże zamieszkało we mnie, abyśmy żyli i mówili tak jak mówi Boże Słowo. Nie tak, by żyć i mówić jak nie mówi Boże Słowo i jak my myślimy sobie, że powinno się żyć. A więc Słowo nie tak sobie tylko stało się ciałem. Ono pokazało nam co będzie działo się z nami, gdy my przyjmiemy to Słowo. Owoc podobieństwa musi być w nas, jeśli chcemy być pewni, że Jezus mieszka w nas.
Wiecie, jakiś dom może być ruiną i przychodzi ktoś, kto jest gotowy zrobić z tego domu coś pięknego. Zaczyna remont. Przychodzisz później do tego domu i mówisz: „O, jak tu teraz ładnie wygląda.” Ktoś zabrał się fizycznie i wykonał coś, co zmieniło wygląd tego domu. Pousuwał różne brudy i plamy.
Jezus oczyszcza nas Swoją krwią, dając miejsce podstawie temu, żebyśmy mogli chcieć tego, co On chce. Bo jeśli mamy nieczyste serce i umysł, to nie będziemy chcieli tego, co chce Bóg. Ale Kiedy Jego krew zaczyna spływać na nas, wtedy oczyściwszy nas, powoduje, że my chcemy tak żyć, że to jest naszym pragnieniem, dążeniem, że nie trzeba nas zmuszać do chrześcijańskiego życia. My po prostu chcemy tak żyć, tak jest nam dobrze. Nie potrafimy żyć inaczej, na pusto. Nie potrafimy żyć siejąc próżność, nie potrafimy zarabiać pieniędzy po to, żeby ułatwiać sobie życie. Nie potrafimy już tego, ponieważ nie interesuje nas to. Zarabiamy pieniądze po to by służyć, by móc odwiedzić kogoś, usłużyć, pomóc, wzmocnić, dodać otuchy przez to, że jesteśmy. Ludzie planują co sobie kupią, a my myślimy, żeby Pan był przez to uwielbiony. Widzimy więcej skarbów w chodzeniu z Jezusem, niż w rzeczach tego świata.
Wiecie, Pan nie potrzebuje salonów, żeby przyjść do tych, którzy tam mieszkają. Pan urodził się w biednym miejscu i nie miał domu, ani gdzie by głowę skłonić. Cały czas był w podróży, cały czas poruszał się. Tylko czasami trafiał do domu i tam też jeszcze przychodzili ludzie, żeby pomagał im. Całe Jego życie było oddane dla nas ludzi.
Nie widzę takiej opcji, że kiedy ja oddaję swoje życie Jezusowi, żeby On teraz inaczej żył we mnie. Nie widzę takiej opcji, żeby Jezus żył inaczej we mnie. On nie jest różny, kiedy chodził po ziemi w ciele i nie jest różny, kiedy zajmuje się mną. On jest taki sam wczoraj, dziś i na wieki. Jeśli On zajmuje się mną, to Jego charakter jest we mnie, Jego dążenie jest we mnie. Nie muszę zmuszać się do Życia. Życie jest we mnie. To On żyjąc we mnie powoduje, że jestem gotowy odejść do wieczności z Bogiem.
A więc moc tego Słowa musi przejawiać się poprzez to, co dzieje się ze mną. Mogę wypowiadać Słowa, ale jeśli to Słowo nie zmieni mnie, to może zmieni kogoś innego, ale ja stracę. Jak ważne jest, by to Słowo mogło wniknąć do środka, żeby Ono zajęło nas.
A więc Słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami. W Słowie Bożym czytamy, że Słowo jest światłością, która oświeca każdego człowieka. Jak czujesz się w świetle, kiedy robisz coś niezgodnie z wolą Boga? Robisz coś po kryjomu, a tu wszystkie reflektory nieba na ciebie i widać dokładnie wszystko, nawet jakie masz myśli. Słowo rzeczywiście tak świeci. Świeci tak penetrując, że nic nie może ukryć się przed tym Słowem. Ale to Słowo świeci jeszcze w miłości. To znaczy, że to światło świeci w miłości, nie oskarżając tak, by szukać gdzie nas złapać. Miłość szuka każdego naszego miejsca, żeby wydobyć nas z naszych grzechów. I to jest piękne światło, ale ono jest dla nas przerażające, bo ono odkrywa nasze stare nawyki, nasze stare sposoby, nasz stary sposób komunikowania się, mówienia, działania. To światło odkrywa i jesteśmy tym dotknięci, ale zarazem doznajemy, że to nie jest przeciwko nam i ma posłużyć, abyśmy pozbyli się tego z pomocą Pana.
A więc Pan nie tylko oświeca, ale pomaga nam pozbyć się wszelkiego zła, abyśmy mogli być sobie bliscy tak, jak Bóg chce, żebyśmy byli bliscy sobie ludzie, kochając się nawzajem i ciesząc się sobą w Chrystusie. Światło jest przerażające. Jest tak jaskrawe, że tysiąc słońc jest za mało, żeby powiedzieć, że one świeciłyby podobnie, jak świeci Chrystus. Tysiące słońc mogłoby spalić mnie, ale nie odkryłoby co ja myślę. A to Światło odkrywa.
A więc mamy do czynienia z czymś, co z jednej strony jest przerażająco jasne. Nie ma tam ani ciutki ciemności, żeby powiedzieć: „jest coś mojego w Tobie, Panie.” Boży Syn jest doskonale jasny, doskonale święty. Jeśli On oświetla nas, to oświeca nas doskonałe światło, w którym nie ma ani jednego grzechu, ani jednej cząstki, za którą mógłbym się skryć. Wszystko jest doskonale jasne. Ale to Światło jest przyjacielem, a nie wrogiem. Przyszedł, aby zbawić, nie zatracić.
Dlaczego ludzie boją się światła? Boją się odkrycia tego wszystkiego, boją się konsekwencji zapłaty za to. Ale Pan wziął całą zapłatę za nasze grzechy na siebie. Pan Jezus na krzyżu Golgoty zapłacił cenę za każdego człowieka. Oświeca Swoim światłem nas i w tym jest dla nas również przesłanie: „zapłaciłem za twoje grzechy, abyś mógł opuścić każdy grzech. Spłaciłem cały twój dług, żebyś mógł uratować się.” W tym Świetle jest cudowna miłość Boga rozlewająca się i dotykająca się człowieka, ale też jest i Świętość, która mówi o wydobyciu nas z naszych grzechów. Jezus nie świeci światłem, żeby tylko pokazać nam za co umarł, ale On świeci światłem, żeby nas również wydobyć z naszych grzechów. Psalmista mówi: „Słowo twoje jest światłością stopom moim”. To jest coś potężnego i doskonałego, z czym my spotykamy się, kiedy Słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami, kiedy to Słowo oświeca nas i kiedy to Słowo czyni nas dziećmi światłości.
Świat nienawidzi światłości, dlatego nie lubi dzieci światłości, ponieważ te dzieci światłości nie żyją jak świat. Świat chce mieć komunikację; „wszyscy sobie w tych grzechach w końcu poradzimy, pomożemy sobie, jakoś przejdziemy przez to życie, pokonamy jakoś te wszystkie przeszkody”. A człowiek nie myśli, że grzech jest czymś co oddziela nas od Boga i trzeba usunąć go z nas.
Chciałbym, żebyście otworzyli na chwilę Księgę Joba. Przeczytam z 16 rozdziału 14 i 15 wiersz i chciałbym, żebyśmy zobaczyli rzeczywistość, w której też dziś jesteśmy. My jako ludzie mamy tendencje to uderzania się, ale nie dla dobra, lecz dla zła. Kiedy Bóg uderza, to zawsze chce osiągnąć dobro.
Zadaje mi cios za ciosem, naciera na mnie jak wojownik. Job.16,14.
Co robimy, kiedy ktoś naciera na nas, kiedy doznajemy, że ktoś siłą swoją prze na nas, cios za ciosem, uderzenie za uderzeniem. Co my robimy wtedy? Próbujemy bronić się, próbujemy oddać; „To Ty jesteś winien Boże. Dlaczego pozwoliłeś szatanowi wejść do raju? Gdybyś nie pozwolił, to żylibyśmy tam spokojnie. Mogłeś nie wpuścić go tam.” Cios za cios. Bóg mówi: „zgrzeszyłeś i jesteś winien śmierci”. „Zgrzeszyłem, bo Ty na to, Boże, pozwoliłeś”. Czy słyszysz te ludzkie ciosy? „Dlaczego Bóg dopuścił do tego? Dlaczego Bóg pozwolił na to?”
Ale zobaczcie co mówi człowiek Boży. W tym momencie, kiedy Bóg naciera na niego jak wojownik, mówi:
Przywdziałem wór pokutny na moje ciało, a moim czołem wryłem się w proch. Job.16,15.
To jest nasza pozycja wobec Boga, jako wojownika. Kiedy Bóg naciera na nas to po to, by nas uratować, zbawić, żeby wyrwać nas diabłu i przenieść nas do Królestwa swego Syna umiłowanego. Jego natarcie – Słowo, które uderza, które odsłania nasze zaciemnione miejsca, ma uderzyć właśnie po to, żeby uratować nas od tego zaciemnienia, od tych skrytych rzeczy, od tych grzechów schowanych w jakimś ukrytym miejscu, o których nikt może nie wie. To Słowo chce tam dotrzeć. Bóg jak wojownik naciera z tym Słowem i tnie tak, by dotrzeć do każdego miejsca. Tnie nie po to, by zabić, ale po to, by odsłonić nam nasze ukryte grzechy, abyśmy upadłszy w proch, w pokucie wyznali: „Boże, jestem winien. To ja zawiniłem, Boże. To ja zmusiłem Cię do walki ze mną, ponieważ odwróciłem się do Ciebie plecami, a do diabła twarzą. To ja zmusiłem Twoją miłość do cierpienia, Boże. To ja jestem winien tego, że musiałeś posłać Swego Syna na krzyż Golgoty i widzieć i patrzeć na to, jak On umiera za moje grzechy. Padam w proch w worze pokutnym. Przyznaję się, że jestem winien każdego grzechu, który odsłaniasz we mnie. Odsłoń do końca. Poddaję się Boże. Uznaję w Tobie jedynego Przyjaciela, który może mi pomóc, żeby nic nie zostało we mnie, abym nie zginął kiedyś, kiedy stanę przed Tobą. Odsłoń wszystko”. To jest prawidłowa pozycja.
Jeśli jest inna, stawiamy Bogu opór: „ja nie jestem najgorszy, są gorsi. Zajmij się Boże tymi gorszymi.”
Jeden grzech jest ohydą, a co dopiero ileś, miliony milionów, miliardy, miliardów. Kiedyś zrozumiałem, każdy oddech, każda chwila bez Boga jest grzechem, ponieważ On stworzył nas. My grzeszymy każdą chwilą nie należenia do Niego. Grzeszą nawet chrześcijanie, nie należąc do Jezusa. Jeśli nie należymy do Niego i do Jego Słowa, to my grzeszymy. Mnóstwo chrześcijan grzeszy codziennie, myśląc o sobie, że są w porządku tylko dlatego, że kiedyś ochrzcili się. Nie pozwalają już Bożemu Słowu wnikać w swoje wnętrze, bo oni są już zbawieni. „Wszystko zostało załatwione, Boże. Zajmij się światem, już nie nami. Z nami powinieneś mieć już spokój.” Lecz brak miłości, brak radości, brak pokoju, brak jedności z Bogiem – same braki, a człowiek mówi „zajmij się światem”.
Wiecie, to jest ohyda, kiedy Bóg odsłania te grzechy w nas, to co wtedy mamy zrobić? Job był mężem sprawiedliwym i bogobojnym i Bóg powiedział: „czy widziałeś Joba, męża, który jest wierny Mojemu Słowu we wszystkim?” I ten mąż leży teraz przed Bogiem w worze, w prochu i poddaje się Jego władzy. Może powiedzieć: „nie rozumiem co robisz, nie rozumiem dlaczego tak na mnie nacierasz, ale wiem, że kochasz mnie i choćbyś mnie zabił, ufam. Pracujesz w mojej sprawie.”
Wiecie, my chcemy chyłkiem przedostać się, fajne rzeczy porobić, a Bóg jest prosto prawdziwy. On zmierza prosto do celu, żeby zbawić nas i uratować. On nie chce pobawić się nami i stworzyć nam jakąś taką zabawną religię. On chce uwolnić nas z tego kim staliśmy się przez bunt wobec Niego. Chce uwolnić nas z wszelkiego buntu, z wszelkiego stanowienia sam o sobie. Chce uwolnić nas od naszej woli, kiedy robiliśmy to co chcieliśmy, mówiąc Mu, że On ma jeszcze powiedzieć na to „amen”. A więc chwała Bogu, że On chce to zrobić. Gdyby nie było takiego Boga, zginęlibyśmy wszyscy. Gdyby to był taki bóg, którego sobie stwarzają ludzie – miły, fajny, uprzejmy, który będzie zgadzał się na nasze byle jakie życie – to wtedy wszyscy zginęlibyśmy. Ale to jest Bóg, który kocha nas i nie chce, żebyśmy zginęli. Udowodnił to, posyłając Swego Syna.
Kiedy otworzymy Nowy Testament, List do Hebrajczyków 4,12.13, czytamy:
Bo Słowo Boże jest żywe i skuteczne, ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić zamiary i myśli serca; i nie ma stworzenia, które by się mogło ukryć przed nim, przeciwnie, wszystko jest obnażone i odsłonięte przed oczami tego, przed którym musimy zdać sprawę.
Ale po co Bóg posyła to Słowo? Po to, by nas zbawić. (...)

